Szczebrzuch domowy

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ja wiem, że Święta, Sylwester obligują do pozostawania w nastroju zimowym, do opowiadania o urokach choinki i szykowania się do – obowiązkowo- szampańskiej zabawy. Taka jednak moja przekorna natura, że gdy muszę zachwycać się zimą i gdy 31 grudnia koniecznie mam być w wyśmienitym nastroju, to nabieram ochoty na zgoła inną atmosferę. Naszło mnie w związku z tym na wspomnienia wakacyjne i przeglądanie zdjęć z mych tegoroczny wojaży. Pozwalam więc sobie wbrew dzisiejszemu klimatowi zaprezentować kilka zdjęć z urokliwego i , moim zdaniem, wyjątkowego miejsca.

Swołowo to skansen jedyny w swoim rodzaju. Znajduje się w granicach województwa pomorskiego, niedaleko Słupska i prezentuje kulturę, sposób życia mieszkańców tamtych regionów. Uderzająca jest różnica pomiędzy tego typu przybytkami znajdującymi się np. na Mazowszu. W Swołowie nie znajdziemy prostych drewnianych chat – przeważają przepiękne budynki w zabudowie szkieletowej oraz ogromne murowane domy pasujące raczej do zabudowy miejskiej.

Konkluzja jest więc jasna: ludność pochodzenia niemieckiego jaka zamieszkiwała tę wieś przed ’45 rokiem żyła na zdecydowanie innym poziomie niż ówczesny chłop mazowiecki.

Dla mnie szczególnie zachwycające były z pietyzmem przygotowane do zwiedzania wnętrza tychże domów.

Turyści mogą zajrzeć w każdy kąt mieszkania, odnosi się wręcz wrażenie, że prawowici właściciele domów wyszli tylko na chwilę.

 

W rzeczywistości zostali po II Wojnie Światowej wysiedleni. Tym cenniejszy jest wkład pracy z jakim odtwarza się ich dawne życie.

 

 Pozwolę sobie po raz kolejny na zagadkę dla miłych odwiedzających W starej kuchni. Cóż to za sprzęt stoi na piecu? 

środa, 29 sierpnia 2012

O sposobach chłodzenia i radzenia sobie z upałami piszę TU 
Zapraszam do lektury. 

czwartek, 09 sierpnia 2012

Każdy sposób, aby schować się przed upałem dręczącym nas ostatnio jest dobry, szczególnie gdy przebywa się w rozpalonym do czerwoności mieście. Królewskie miasto Kraków w czasie mojej ostatniej tam wizyty przypominało piec martenowski. Szukałam więc miejsc, gdzie na chwilę od żaru odetchnąć można. Ochłodę dają nie tylko kawiarenki, knajpki, puby, restauracje tudzież inne tego rodzaju przybytki serwujące kolorowe drinki. Muzea nadają się do tego doskonale, bo:

primo: najczęściej są klimatyzowane,

secundo: jak już się wejdzie to nie trzeba co i rusz czegoś zamawiać – raz opłacony bilet starczy nawet na cały dzień,

tertio: można, tak przy okazji, mimochodem, coś ciekawego zobaczyć.

Szukając więc przyjaznego miejsca na spędzenie najgorętszych południowych godzin dotarłam do Kamienicy Hipolitów, czyli Domu Mieszczańskiego.

http://mhk.pl/oddzialy/kamienica_hipolitow/

 Na wstępie zawiodłam się nieco, gdyż klimatyzacji brak, ale przynajmniej słońce nie praży. Żal ten jednak szybko został wynagrodzony, gdyż cuda jakie tam odkryłam są doprawdy niespotykane i warte polecenia.

Oto jedno z pomieszczeń. Pasuje do niego określenie: pokój szpargałów. Przypomina XIX wieczne muzeum, gdzie gromadzono co popadnie i jak popadnie. Wśród różności znaleźć można prawdziwe rarytasy. Z radością odkryłam dzieła od lat  wielbionego przeze mnie Jacka Malczewskiego. 


W Kamienicy Hipolitów można zajrzeć do reprezentacyjnego salonu, pokoju panienki czy sypialni państwa domu.


Wszystkie pomieszczenia są odtworzone w najdrobniejszych szczegółach, począwszy od zasłon (choć może lepiej powiedzieć stor) w oknach na zastawach  stołowych kończąc. W piwnicach umieszczono kolekcję XIX-wiecznych bibelotów i stanowisko do samodzielnego pisania stalówką.  Żałowałam jedynie, że nie ma tam kuchni.

Kilka przedmiotów zahacza jednak o bliską mi tematykę.

 


Maleńki samowarek i podobne mu urządzenie do zaparzania kawy -  jak sądzę. Pewności nie ma mam, bo muzeum najpewniej oszczędza na papierze i nie przygotowało opisów do eksponatów jeno ogólne opisy każdej z sal. Natomiast panie kroczące za zwiedzającymi i pilnujące ich jak Cerber Hadesu, zbyt rozmowne nie były i wiedzą swą (niezgłębioną zapewne) niechętnie oświecały maluczkich. 

A to drobna (i łatwa) zagadka. Do czego służyło to urządzenie, umieszczone w rogu sypialni?



poniedziałek, 21 maja 2012

Jak rzesze Polaków postanowiłam w Noc Muzeów ukulturalnić i dokształcić się tak, żeby na cały rok starczyło. W maratonie zwiedzania dotarłam m.in. do Muzeum Niepodległości, gdzie na wystawie Architektura Polski Niepodległej z radochą niewymowną odnalazłam odkurzacz z lat 30 i inne domowe sprzęty. Polecam tę ekspozycję wszystkim ciekawym wiadomości o życiu w XX-leciu międzywojennym.

 

 

 

http://www.muzeumniepodleglosci.art.pl/wystawy_czasowe.php

sobota, 31 marca 2012

Sobota, 9 rano. Zaspanym okiem spojrzałam na fasady bloków mojego osiedla. Na co drugim balkonie wietrzy się pościel, co trzecie okno właśnie jest z poświęceniem szorowane, z podwórka dochodzi miarowy odgłos trzepania dywanów, burczą odkurzacze i warczą pralki za ścianami. Znaki to  nieomylne: Święta idą!

Chcąc nie chcąc, włączyłam się w szaleństwo mycia i czyszczenia, by wieczorem w wysprzątanym M-2 oddać się chwili refleksji nad losem kobiet, które dawniej musiały doprowadzić do porządku  większe metraże przy, co jasne, mniejszych udogodnieniach.

Trudowi temu próbowano ulżyć już na początku XX wieku. Wtedy pojawiły się pierwsze maszyny mające pomóc w domowych porządkach. Znaczący to musiał być postęp tym bardziej, że pozbywanie się kurzu jest według skrupulatnej Marii Ochorowicz-Monatowej kluczowe bo kurz jest najszkodliwszy dla zdrowia; naukowa badania wykazały, że w jednym gramie kurzu znajduje się 6,600.00 do 21,000.000 rozmaitych bakteryi, a gdy sobie uprzytomnimy, że w samych Niemczech umiera rocznie około 200.000 ludzi na tuberkuły, a miliony zaraźliwych baterii uwija się naokoło nas w powietrzu, prochu i kurzu, dopiero zrozumiemy, jak bardzo przed niemi strzedz się należy.  ("Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi", str. 170). Autorka z zapałem więc zachwala różnorodne aparaty do pozbywania się zabójczego kurzu i uważa je za nieocenione wynalazki.

Oto odkurzacz elektryczny Vaccum Cleaner gorąco polecany przez Ochorowicz-Monatową. Tak gorąco, że podejrzewam szanowną autorkę o kryptoreklamę. Czy to możliwe w tamtych czasach?


Początkowo odkurzacze działały na odwrotnej zasadzie niż dzisiejsze. Zdmuchiwały kurz a nie zasysały go. Takich modeli nie znajdziemy jednak u Ochorowicz-Monatowej.  Ponoć najdawniejszy odkurzacz, pomysłu Ivesa W. Mc Gaffeya,  powstał w Stanach Zjednoczonych w 1869 roku i był urządzeniem ręcznym. Podobne aparaty, choć nożne, pani Maria zna i poleca tym, których domy pozbawione są elektryczności.

(Jak możliwe było odkurzanie stojąc na jednej nodze - nie jestem w stanie sobie wyobrazić).

Z ręcznych urządzeń wyjątkowo godnym polecenia jest zagraniczny patentowy "Birum", aparat ssący do wchłaniania w siebie prochu. Niezbyt ciężki, bo cały waży 2 i 1/2 klgr. może być z łatwością użytym przez najsłabszą osobę. Przesuwając równomiernie tam i napowrót rączką, któa chodzi w blaszanej rurze aparat wypompowuje czyli wsysa wszystek kurz z dywanów, zarówno jak i z mebli tapicerowanych. (tamże  str. 172)

Oto to cudo.



Elektryczne odkurzacze zaczęły pojawiać  się na początku XX wieku (pomysły H.C. Bootha – 1901 i Jamesa M. Spangera – 1907). W sprzedaży w Stanach upowszechniły się ok. roku 1909 (na podstawie „Księgi wynalazków”, B. Orłowskiego i Z. Przyrowskiego, Nasza Księgarnia, Warszawa 1982 oraz zasobów Internetu). Jak więc nowoczesna była Maria Ochorowicz–Monatowa skoro w swym dziele „Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi” z roku ok. 1911 tak obszernie pisze o tych nowinkach technicznych.


Z rodzinnych przekazów wiem natomiast, że nie wszyscy podzielali jej entuzjazm i sceptycznie podchodzili do wszystkiego co nowe. Ponoć mój pradziadek (ur. 1894)  jeszcze w latach pięćdziesiątych nie pozwalał na zakup odkurzacza, twierdząc, że nieodwracalnie niszczy on dywany.

 

piątek, 23 marca 2012

Idzie sobie wiosna,
słychać świergot ptaka,
ładna to piosenka,
tylko głupia taka...

Rozkoszując się słoneczkiem, ptaszkami, kwiatkami, ciepełkiem i wszelkimi cudnościami tej pory roku, nabieramy głębokiego przekonania, że wiosna to sama błogość. Jakoś nikt w tych pierwszych sielankowych  dniach nie pamięta, że wyższe temperatury zwiastują nadejście nie tylko motylków, ale i wszelkiego innego latającego bydlątka. Zaraz zaatakują nas hordy much, moli, komarów i meszek. A to nie jest już takie miłe, prawda? Bo przecież zaledwie zgonimy taką muchę z twarzy już w tej chwili usiądzie w innem miejscu na naszem ciele. (Maria Ochorowicz-Monatowa, Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi).
Walczmy więc z tym tałatajstwem na wszelkie możliwe sposoby, bo przecież w kuchni muchy i wszelkie owady szczególne szkody przynieść mogą. Monatowa ostrzega, że robactwo domowe staje się często roznosicielami najniebezpieczniejszych chorób jak: cholery, tuberkułów, tyfusu itp. i z tego więc powodu musi się z niemi walczyć. (tamże)

Co zatem radzi? Podstawowa zasadą do jakiej przekonuje czytelnika, to zachowanie czystości. Czystość wg niej najlepiej zabezpiecza przed plagą owadów i rozmaitego robactwa domowego. (tamże) Jeśli samo pucowanie nie wystarczy, można przejść do drastyczniejszych metod. Najrozmaitsze są środki na tępienie much. W handlach dostać można różnego rodzaju papiery lepkie na muchy, w formie okrągłych piramidek, które się stawia na piecach, szafach etc. albo w formie płaskich arkuszy do zawieszania na ścianie. Ze względów estetycznych wskazaniem jest często je zmieniać. (tamże) Lep na muchy można też zrobić samemu. Pani Ochorowicz poleca w tym celu stopić 32 dkg. kalafonii z 6 dkg. oleju rzepakowego, poczem wymięszać z 6 dkg. syropu kartoflanego lub miodu. Potem ową mieszaniną należy wysmarować grubo teksturę zwiniętą w lejki spiczaste u góry, a szerokie u podstawy, które nożyczkami obrównać i poustawiać na szafach lub piecach w pokojach. Nie należy natomiast używać trucizn na muchy rozrabianych w płynach, bo stawiane na miseczkach nie są wskazane, gdyż muchy napiwszy się jej odrazu nie giną lecz siadają jeszcze na ludziach lub artykułach żywności i truciznę tę przenoszą i z siebie wydzielaj a poza tym trudno upilnować by pieski lub koty domowe nie dobrały się do niej. (tamże)

Na przestrzeni lat oczywiście próbowano przeróżnych metod. Oto garść przepisów z roku ok. 1943 pochodzących z Poradnik życia praktycznego.
Porada nr 629: Muchy tępimy, gdy dodamy przy bieleniu do wapna - ałunu. Zakładam, że chodzi o bielenie ścian pomieszczeń mieszkalnych, więc czas zrezygnować z tapet i kolorów wszelakich a dla higieny do bieli nieskazitelnej powrócić.
Jeśli wśród miłych czytelników znajdzie się miłośnik koni oto rada dla niego:

Porada 659: Muchy nie kąsają koni, gdy te natrzemy silnym wywarem liści orzechów włoskich. Zwierzaki zapewne zyskiwały przy okazji na kolorze sierści, bo jak wiadomo, poza licznymi leczniczymi  właściwościami tego wywaru, ma on moc poprawy kolorytu włosów. Pokolenia kobiet do tego celu liści orzecha używały. Takiego dwa w jednym można by i dziś popróbować. Nawet hasło reklamowe mi do głowy przyszło: kolor, że mucha nie siada.


Aby właściciele innych zwierząt gospodarskich nie poczuli się urażenie oto i dla nich zbawienna myśl.  Jak zabezpieczyć oborę podpowiada Porada nr 674: Muchy tępimy w stajni i oborze przez bielenie: 1 cz. wapna, 120 cz. wody, dodając dużo farbki, by był kolor mocno niebieski.

Poradnik życia praktycznego pomysłów na tępienie much ma jeszcze kilka, których jednak stosowania nie bardzo sobie wyobrażam. Mam wrażenie, że wybiłyby one nie tylko owady, ale i wszelkie życie w mieszkaniu. A nawet jeśli nie wybiły, to zdecydowanie je uprzykrzyły.
Porada nr 660: Muchy i komary nie znoszą rozstawionych naczyń z 10% rozczynem formaliny.
Porada nr 661: Muchy nie przelecą przez okno gdzie wisi pasek nasmarowany rycyną.
Taaaak, życie w oparach formaliny i rycyny: sama przyjemność.

Zdecydowanie bardziej podobają mi się mądrości niezawodnej pani Marii, która, jak na przykładną panią domu przystało, myśli również o estetyce w mieszkaniu. Praktyczne i ładne mają się okazać szklanne klosze na nóżkach. Ów klosz napełnia się ocukrzoną wodą lub piwem. Muchy mają się w tym roztworze masowo topić. Jednak za najbardziej elegancki ze wszystkich środków Ochorowicz-Monatowa wskazuje amerykańską łapkę na muchy z siatka drucianą.


Miłym czytelnikom pozostawiam wybór odpowiedniego narzędzia i sposobu do walki z muchami.  Ja pewnie pozostanę przy zwiniętej w rulon gazecie.

wtorek, 20 marca 2012

Coś jest w banalnym stwierdzeniu, że kuchnia jest sercem domu. Choćby najmniejsza ma moc przyciągania jego mieszkańców. To tu przygotowuje się wszelkie rodzinne uroczystości, trwa rejwach przygotowań świątecznych. To w kuchni trwają najczęściej nocne rozmowy rodaków.

Aby taka właśnie była – ciepła, przytulna, gościnna i funkcjonalna oczywiście, musi być dobrze urządzona. Wiedziano o tym i 100 lat temu. Maria Ochorowicz-Monatowa w swoim dziele Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi  poświęca sporo miejsca informacjom o wyposażeniu kuchni. Nawet dziś każda z nas zgodzi się chyba z jej stwierdzeniem: Schludna kuchnia powinna napełniać radością i być dumą gospodyni (Maria Ochorowicz – Monatowa, Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi  str. 136). Choć oczywiście odzywa się we mnie współczesna dusza i mam ochotę zakrzyknąć, że i gospodarza! Powstrzymam jednak zapędy feministyczne i skupię się na przedmiocie sprawy.

Polecam miłym czytelnikom rzut oka na poniższe zdjęcia ze wspomnianej powyżej publikacji. Oto wzorcowe pomieszczenia kuchenne z przełomu wieków.

Ciekawam, które najbardziej wam się spodoba?

środa, 07 marca 2012

Truizmem jest stwierdzenie, że przełom wieków XIX i XX to czas wynalazków. Stare książki i poradniki domowe uświadamiają jednak, jak dalece rewolucja technologiczna wkraczała w życie codzienne i starała się ulżyć doli emancypującej się kobiety.

Choćby w kluczowej kwestii pieców kuchennych. Wyobraźcie sobie drogie panie i panowie, codzienny rytuał rozpalania w piecu chociażby po to tylko by szklankę wody zagotować. Pomyślmy o tym, jak radzilibyśmy sobie z całodziennym utrzymaniem ognia i tak sprawnym manewrowaniem fajerkami, aby coś jeszcze na nim móc ugotować. Potrzeba w narodzie więc musiała być wielka, aby znaleźć inne sposoby panowania nad ogniem w kuchni.

Przy okazji drobna rada z Poradnika życia praktycznego z roku ok. 1943 dla ewentualnych amatorek gotowania na węglu: Porada 216. Węgiel nie spala się szybko, gdy posypiemy go solą. (O jakąż to reakcję chemiczną może chodzić?)

Piec - kuchnia węglowa

W wielu dawnych przepisach  znajdziemy wzmianki o różnorodnych sprzętach, mających pomóc w szybkim ugotowaniu wody, mleka itp. Doskonałym przykładem jest chociażby popularny w XIX wieku samowar. Ale rewolucja techniczna trwała i zaprzęgła do służby kuchennej nie tylko węgiel i drewno, ale i gaz, naftę a na końcu i prąd!

Pojawiające się coraz liczniej w tym czasie poradniki domowe starają się usystematyzować wiedzę o nowoczesnych sprzętach domowych. Jestem szczęśliwą posiadaczką jednego z takich dzieł. W mojej opinii monumentalna, wręcz z zacięciem naukowym, pięknie ilustrowana książka Marii Ochorowicz-Monatowej Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi z ok. roku 1913, jest obrazem przemian zachodzących nie tylko  w kuchni, ale i mówiąc górnolotnie w społeczeństwie. W rozdziela  Piec kuchenny autorka rozwodzi się o korzyściach płynących z posiadania wszelakich udogodnień, w tym maszynek gazowo–spirytusowych i gazowo-naftowych, o których wzmianka znalazła się w poprzedni blogowym wpisie o czekoladzie (przepisie z roku 1858). Urządzenia te przypominały dzisiejsze turystyczne prymusy.

Rewolucja nie ominęła także pieców kuchennych. Monatowa konkluduję, że „na polecenie zasługują kuchnie i różnego rodzaju przyrządy elektryczne i gazowe”. (Maria Ochorowicz-Monatowea Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi str.143). Pierwsze próby zaprzęgnięcia gazu do garów przeprowadzał Zachaus Winzler ok. 1803 roku, ale dopiero w roku 1832 James Sharp zaprojektował piecyk, który znalazł się w szerokiej sprzedaży. Kiedy produkt ten dotarł do Polski, nie potrafię ustalić. Wiem natomiast ponad wszelka wątpliwość, że w roku 1913 gazowe kuchenki musiały być już popularne. Monatowa poświęca im sporo miejsca i pisze, że „w Anglii, Niemczech i Francyi i innych krajach kuchnie gazowe po większych miastach wyparły zupełnie opalanie węglem lub drzewem” (Maria Ochorowicz-Monatowea Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi str. 145). Poleca ich użycie ze względu na utrzymanie czystości, oszczędność miejsca i łatwość uzyskania regulowanego ognia w jednej chwili.

Jak wynika z lektury Gospodarstwa kobiecego powstawały także inne pomysły, dziś oczywiste: kuchenki elektryczne. Jak z całą powagą konstatuje  Monatowa kuchenki te: „… mogą być używane w domach, które posiadają przewody elektryczne”. Poleca także wspomniane już powyżej wszelkie urządzenia, mające pomóc gospodyniom, a będące na prąd w tym imbryki z wodą, maszynki do kawy, dzbanki do mleka, czajniki, sterylizatory, żelazka, „zaopatrzonych w sznury z przewodami elektrecznemi, które w miarę potrzeby łączy się z głównym prądem w ścianie tak jak przenośne lampy elektryczne”. (tamże)

Panie i panowie, popijając więc herbatkę z elektrycznego czajnika, spójrzmy czasem z wdzięcznością na naszą ścianę i kryjący się w niej prąd.

 

O autorze
Zakładki:
Blogi całkiem współczesne acz interesujące
Blogi o drzewiejszym życiu
Fascynujący ludzie
O gotowaniu
Wyjątkowe miejsca
Tagi
Durszlak.pl