poniedziałek, 21 maja 2012

Jak rzesze Polaków postanowiłam w Noc Muzeów ukulturalnić i dokształcić się tak, żeby na cały rok starczyło. W maratonie zwiedzania dotarłam m.in. do Muzeum Niepodległości, gdzie na wystawie Architektura Polski Niepodległej z radochą niewymowną odnalazłam odkurzacz z lat 30 i inne domowe sprzęty. Polecam tę ekspozycję wszystkim ciekawym wiadomości o życiu w XX-leciu międzywojennym.

 

 

 

http://www.muzeumniepodleglosci.art.pl/wystawy_czasowe.php

niedziela, 20 maja 2012

Po niewczasie dzielę się przepisem na ciasto, które przygotowałam w Wielkanoc. Wiem, że sporo już czasu minęło (nawet na Wielkanoc prawosławną się nie załapię), ale przecież babka jaką poniżej prezentuję, nadać się może na każdą okazję, tym bardziej, że przygotowanie jej, choć wymaga uwagi, nie jest czasochłonne.

Praktyczny Kucharz Warszawski zawierający 1503 przepisy różnych potraw oraz pieczenia ciast i sporządzania zapasów spiżarnianych, Warszawa 1903, str 327

Jak to mam w zwyczaju użyłam mniej więcej połowy składników:

2 cytryny

1 szklanka mąki pszennej

0,5 szklanki mąki ziemniaczanej

2 szklanki cukru

10 jajek (dysponowałam wielkimi, wiejskimi jajami, „zwyczajnych” trzeba 12)

Ugotowałam cytryny. Po 15 min. stały się zupełnie miękkie. Mozolnie przetarłam je przez sitko, dzięki czemu pozbyłam się pestek.

Z braku donicy inaczej dzieży czyli glinianej misy użyłam w dalszej produkcji ciasta miksera (przyznaję, zasłaniając się brakiem odpowiedniego sprzętu, nieco usprawiedliwiam swą niechęć do ręcznego wyrabiania ciasta). Do pulpy cytrynowej dodawałam powoli cukier oraz żółtka i miksowałam tak długo, aż masa zbielała. Już na tym etapie powstało coś smacznego: kogiel-mogiel o smaku cytrynowym. Opanowując chęć wyżarcia połowy, znów posikując się mikserem, ubiłam sztywną pianę z białek, a następnie przystąpiłam, do moim zdaniem najważniejszego procesu: mieszania mąki i piany z cytrynowym koglem-moglem. Tu już zrezygnowałam z techniki i drewnianą łychą delikatnie łączyłam składniki. Uważam, że ta chwila jest kluczowa dla jakości ciasta. Przecież mamy do czynienia z biszkoptem pieczonym bez użycia proszku do pieczenia, więc zwrócenie bacznej uwagi na to, czy piana nie opadnie ma fundamentalne znaczenie.

Dodając więc po łyżce mąkę (obydwa rodzaje) i pianę uzyskałam dość płynne ciasto, które szybko acz ostrożnie przelałam do wcześniej przygotowanych foremek. Starczyło na wypełnienie dwóch. Piekły się godzinę w temperaturze 180 stopni.

 




Po raz drugi od założenia bloga porwałam się na pieczenie ciasta z niebotyczną, jak na nasze standardy, ilością jaj i znów przekonałam się, że ma to swoje znaczenia. Smak dzięki nim jest wyjątkowy, pełny, wręcz aksamitny. Całości dopełnia użycie cytryn wraz ze skórką, która dodaje intrygującej goryczy, lekko kwaskowatemu ciastu.

poniedziałek, 14 maja 2012

Wykorzystywanie w kuchni możliwie wielu urozmaiconych składników było wielką zaletą niegdysiejszych kucharek. Na fali poszukiwania w moich zasobach literatury kucharskiej niecodziennych dziś ingrediencji, wpadłam na zupę z dodatkiem pokrzywy. Nie raz słyszałam o jej walorach zdrowotnych i odżywczych. Ponieważ maj to ponoć  najlepszy czas na zbiór tejże, wypróbowałam więc poniższy przepis.

Kucharka Litewska, przez W.A.L.Z. nakładem autorki, Wilno drukiem Józefa Zawadzkiego

Ażeby było naprawdę zdrowo, wieczorową porą wyposażona w sekator i rękawiczki, coby rączki delikatne uchronić przed obronnym charakterkiem pokrzywy, wybrałam się na odległe od wszelkiej cywilizacji pole i tam przy świergocie ptasząt, rwałam młode pokrzywki. Romantycznie było, że hej. Aby i czytelnik nastrój mój poczuł, przecudnej urody wierszyk polecam:

Pokrzywa widziana z bliska

Z nasępionych krużganków,
Z galeryj obronnych,
Skąd zieleń, ogniem prażąc,
Wrogów upomina,
Wychylają się kwietne, półcalowe donny,
W mantylach fioletowych,
W różowych dominach -
I namiętnością gorsząc
Surową fortecę
Otwierają ramiona
Tęskne i kobiece...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Wróćmy jednak do kuchni i moich tam poczynań.

Dysponowałam rosołem wołowym, który stał się bazą zupy. Drogą kupna nabyłam pozostałe roślinki.

Z kronikarskiego obwiązku. Od góry patrząc: liść szczawiu, szpinaku, pokrzywy

Samo przygotowanie potrawy nie jest trudne, choć przyznam, że było trochę zabawy przy obgotowywaniu poszczególnych gatunków roślin. Tak prezentowały się "przed i po".

Dużo pracy wymaga też oczywiście przefasowywanie, czyli przetarcie przez sito uduszonych liści, podduszonej cebuli rozprowadzonych bulionem.

Można oczywiście użyć współczesnego blendera, ale dzięki użyciu sitka, pozbyć się można łykowatych  i twardych cząstek.

 

Pozostając w poetycznym nastroju powiem, że zupa smakuje majem. Jest świeża, wiosenna, ale jednocześnie, dzięki użyciu aż trzech gatunków roślin, pełna smaku i sycąca. Pokrzywa dodaje jej naprawdę wyjątkowego, zielnego posmaku. Smakuje wyśmienicie z predutami lub jajami na twardo. Ryż ugotowany na sypko także sprawdza się doskonale.  Namawiam gorąco wszystkich  na próbowanie tego, co niecodzienne.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Prosty, smaczny i nie taki zwyczajny przepis na danie obiadowe przygotowałam niedawno w niedzielę. Posłużyłam się po raz kolejny książką pani Monatowej.

Uniwersalna Książka Kucharska z ilustracyami i kolorowemi tablicami napisała Marya Ochorowicz-Monatowa, Wydanie drugie znacznie powiększone nakładem księgarni H. Altenberga we Lwowie, w Warszawie: E.Wende i ska

Tym razem sądzę, że przepis nie wymaga szczegółowych objaśnień, jest opisany zrozumiale i jasno nawet dla dzisiejszego czytelnika. Uznałam, że marmelada pomidorowa to dzisiejszy przecier i tegoż użyłam.

Wyszedł  naprawdę przyjemny i sycący posiłek. Można go dzisiejszą modą odchudzić używając zamiast rosołu – wody, rezygnując ze śmietany i mąki. Przyznam jednak, że wersja „na bogato” jest pełna smaku, a powstały sos ma przyjemną kremową, aksamitną konsystencję, świetnie pasującą do ziemniaków i zapewne jeszcze lepiej do wszelakich kluseczek.

 

 

 

środa, 18 kwietnia 2012

 Miał być hit świątecznego obiadu. Okazuje się jednak, że nie zawsze to, co stare - jare. Z przepisu Ochorowicz-Monatowej  prezentowanego poniżej wyszło dziwadło, które o mało nie zepsuło pierwszego dnia świąt. Tylko wyrozumiałości biesiadników dla moich eksperymentów zawdzięczam brak poczucia całkowitej porażki.

Uniwersalna Książka Kucharska z ilustracyami i kolorowemi tablicami napisała Marya Ochorowicz-Monatowa, Wydanie drugie znacznie powiększone nakładem księgarni H. Altenberga we Lwowie, w Warszawie: E.Wende i ska

Przepis ten wybrałam jako jeden z najbardziej przystępnych. Przyznać muszę, że trudno znaleźć w moich starych książkach receptury na pieczenie mięsne, które nie budziłby zdziwienia lub były wykonalne w warunkach jakimi dysponuję. Pieczenie na rożnie odpada, przygotowanie mięs z kością (tj. np.  całych udźców) również, nie jestem w stanie zakopać sztuki mięsa w ziemi na kilka dni ani  piec jej razem ze skórą.

Oto jak przebiegał proces produkcji pieczeni po angielsku w moim wykonaniu. Zakupiłam piękny, prawie 2 kg kawał wołowiny i z duszą na ramieniu utopiłam go w occie wymieszanym pół na pół z wodą. Użyłam zwykłego octu - może tu leżał błąd? Może kiedyś używano octów słabszych Po niecałych 24 godzinach moczenia na powierzchni mięsa powstała sino-fioletowa, galaretowata warstwa, przeżarta octem.

Niezrażona uznałam, że tak ma być i przystąpiłam do szpikowania pieczeni. Z braku tłuszczu okrojonego z mięsa użyłam pokrojonej w kostkę słoniny, którą wymieszałam z utłuczonymi w moździeżu przyprawami: pieprzem, liściem laurowym, zielem angielskim i jałowcem.

 

Zadowolona z siebie wsadziłam mięcho do piekarnika nagrzanego do temperatury 170 stopni.  Po ok. 30 min. z kuchni dobiegł mnie porażający smród OCTU. Buchające z piekarnika opary OCTU wyciskały łzy z oczu. W całym mieszkaniu nic tylko OCET. Spróbowałam kawałeczek pieczeni – jakbym piła OCET. Niejadalne! Aby uratować mięso okroiłam wierzchnią warstwę pieczeni, wylałam octowy sos, który wytopił się z mięsa, podlałam wodą i z powrotem wsadziłam do piekarnika. Aby pozbyć się prześladującego mnie OCTU manewr  z wylewaniem sosu puszczanego przez mięso i podlewaniu go wodą powtórzyłam jeszcze kilkukrotnie. Po około  1,5 godziny mięso zmiękło i uznałam, że nadaje się do spożycia. Nie próbowałam już wykonać sosu z wina borowików i kaparów. Zdecydowanie miałam dość walki z tą  potrawą.  Podałam. Niestety nie był to koniec przykrych niespodzianek. Mięso nieprawdopodobnie mocno przeszło zapachem przypraw a słonina zupełnie nie nadawała się do jedzenia. Nasze wydelikacone podniebienia nie były wstanie przyjąć takiej ilości tłustej ziołowej masy.

 


Mogę więc z bólem serca nadać pieczeni po angielsku nową nazwę: porażka

 


piątek, 06 kwietnia 2012

Nieodżałowany Jan Tadeusz Stanisławski już wiele lat temu w ramach wykładów z mniemanologii stosowanej zastanawiał się nad wyższością Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem. Satyryczne te programy emitowane w „Trójce” wbrew rozdmuchanej przez kulturę masową promocji Bożego Narodzenia słusznie w tytule wskazywały, że to Wielkanoc jest istotniejsza.  Nawet książka kucharska może to udowodnić.

Wystarczy przeanalizować spis treści dowolnej takiej publikacji  sprzed  mniej więcej  ‘45 roku, aby wiedzieć, że to Wielkanoc była Świętem ważniejszym, znacznie huczniej obchodzonym. Wniosek ten wysnuć można, gdy zwróci się uwagę na ilości przepisów dedykowanych tym właśnie świętom. W każdej pozycji znajdziemy całe rozdziały poświęcone mazurkom i babom wielkanocnym, przepisy na szynki wielkanocne, itp. Natomiast receptur opatrzonych adnotacją „Boże Narodzenie” nie ma!

Jeśli założymy, że książki kucharskie komponowano tak, aby odpowiadały potrzebom gospodyń, to wiedzieć będziemy, któremu ze świąt poświęcano wiele więcej uwagi.

A kobiety prowadzące dom w Wielkanoc stawały przed naprawdę trudnym zadaniem. W książce „Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848-1863 Marii Estreicherówny znajdziemy taki oto ustęp: …święcone musiało być bardzo obfite, bo oprócz rodziny i znajomych przychodzili przez cały tydzień po poczęstunek stróże nocni, lampiarze, kominiarze, listonosze itd., a także i żebracy. Nazywano to chodzeniem po śmigusie. Nic więc dziwnego, że biedne panie domu piekły przez cały tydzień po całych dniach i nocach. Trzeba było gotować do upadłego, bo Wielkanoc to naprawdę maraton jedzenia. (str. 194)

A tak wyglądał drugi dzień świąt:

W arystokracji i wśród bogatego mieszczaństwa święcone powoli przechodziło w rodzaj śniadania a la forchette, przy którym wędliny i placki schodziły na plan drugi. Przechodzono  szybko z domu do domu,  a cała różnica w przyjęciu polegała na stopniu dobroci kucharza i piwnicy. Był to rodzaj bufetu, gdzie każdy brał co chciał , bez zachęty ze strony gospodarstwa, którzy gości jakby nie widzieli, a nawet czasami nie znali, bo przychodził każdy, kto choć raz rzucił bilet (wizytowy). Tak przynajmniej twierdzi kronikarz „Czasu”. W mieszczańskiej klasie staropolska gościnność polegała jeszcze często na spojeniu gościa. („Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848 –1863”, Maria Estreicherówna,  Wydawnictwo Literackie, Kraków 1968, str .194, 195)  

Takie traktowanie Wielkanocny wynikało z wielowiekowej tradycji sięgającej czasów jeszcze przedchrześcijańskich. Zresztą nie tylko korzeni wiosennego święta tam trzeba szukać. Większość świąt,  które dziś obchodzimy to pozostałości dawnych kultów, które zaanektował Kościół. Terminy cyklu świąt dorocznych wyraźnie nawiązywały do kalendarza prac rolniczych, lecz jednocześnie wielokrotnie uzależniały od siebie uroczystości ważne dla rodziny czy jednostki. Ogromny ten cykl wypełniony obrzędami i zwyczajami nie jest łatwy do wyjaśnienia ze względu na skomplikowane związki genetyczne i znaczeniowe. Został on najprawdopodobniej już n początku XVII wieku podporządkowany dość ściśle rytuałowi Kościoła i w takiej formie przede wszystkim zachował się w tradycji aż do współczesności. („Wyrzeczysko. O świętowaniu w Polsce”, T. M. Ciołek, J. Olędzki, A. Zadrożyńska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1976)

 

 Przewodnik Katolicki. Pismo ilustrowane dla Rodzin katolickich, Poznań, dnia 31 marca 1929 roku, str. 10

Chciałabym wiedzieć, co zatem naprawdę świętujemy dziś jako Wielkanoc. Najprawdopodobniej chodzi o rozpoczęcie nowego cyklu życia, początek nowego ciągu wegetacyjnego. Od jego przebiegu zależało dawniej przetrwanie, więc starano się na wszelkie sposoby zapewnić sobie urodzaj. Stąd zapewne wynikało opatrzenie bardzo wieloma obrzędami i zwyczajami tego okresu i jak najobfitsze zaopatrzenie świątecznego stołu. Czas bożonarodzeniowy, czyli czas kończenia poprzedniego okresu nie był obudowany tak wieloma praktykami. Przypomnę tylko, że choinkę znamy od XIX wieku, nie wszędzie jeszcze w latach 30 XX wieku dzielono się opłatkiem  (Pomorze),  a główny punkt obchodów Bożego Narodzenia czyli Wigilia to uczta postna!

Przewodnik Katolicki. Pismo ilustrowane dla Rodzin katolickich, Poznań, dnia 31 marca 1929 roku, str. 10

Sądzę, że zaklinaniu rzeczywistości mającemu na celu zapewnienie obfitości przypisywać należy zwyczaj świętowana Wielkanocny na bogato. Nie bez znaczenia był też zapewne okres wielkiego postu wymuszony niejako przez naturę, która na przednówku niewiele miała do zaoferowania, a i zapasy spiżarnianie były już na ukończeniu. Okres świąt odczuwano zapewne tym bardziej jako wyjątkowy. W pozycji „Lud polski i jego zwyczaje” Gołębiowskiego (Warszawa, 1830) znajdziemy imponujący opis mieszczańskiego stołu świątecznego. Są tam i mięsa wieprzowe, i figury z ciasta „odgrywające” zabawne historyjki i baranki z masła, owoce smażone, wypieki przeróżne, a przede wszystkim  niezliczona ilość jaj malowanych.

Podobnie Wielkanoc wynosi ponad Boże Narodzenie kościół Katolicki. To przecież najstarsze święto chrześcijańskie, kluczowe dla założeń tej religii. Śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa jest punktem kluczowym tej religii, z nich bowiem wynika zbawienie. W Krakowie różnice te widać było nawet w handlu. Przed świętami Bożego Narodzenia mniej było przygotowań niż przed Wielkanocą, nawet targ świąteczny przedstawiał się skromnie: kilka stołów, zastawionych papierowymi szopkami i takimi lalkami lub złoconymi jabłkami na sosnowej gałązce: oto wszystko, co zauważył sprawozdawca „Czasu” w 1852 r.  („Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848-1863” Maria Estreicherówna, str. 189)

Świętujmy zatem! Bez względu na to, czy czas ten ma dla nas wymiar religijny czy nie. Święta bowiem mogą stać się łącznikiem pomiędzy tym co teraz, a tym co dawniej. Przez pamięć o prababce, która całą noc ciasta dla czeladzi piekła, o „prakuzynie”, który  upijał się radując się  zmartwychwstaniem. Świętujmy i podtrzymujmy tradycję!

 

Przewodnik Katolicki. Pismo ilustrowane dla Rodzin katolickich, Poznań, dnia 14 kwietnia 1929 roku, strona tytułowa 

środa, 04 kwietnia 2012

Popełniłam jego trzy wersje. Macerują się teraz i czekają na wielkanocne śniadanie, więc o ich smaku poinformuję miłych czytelników w stosownym czasie. Wszystkie przygotowałam oczywiście według dawnych przepisów. Miałam niejakie trudności z ich wybraniem, gdyż  przepisów na śledzie w oleju/oliwie nie znalazłam wiele w moich zasobach bibliotecznych. Przeważają wersje z octem, a za tak spreparowaną rybą nie przepadam.

Receptury odwzorowywałam jedynie z drobnymi modyfikacjami. Do przygotowania przekąski używałam oleju rzepakowego, a nie oliwy, która występuje w przepisach. Śledzie przed przystąpieniem do dzieła moczyłam kilka godzin w wodzie, co by nabrały delikatności i słoność straciły. Pominęłam jednak wszelkie dodatkwe zabiegi, jak przelewanie octem, wyjmowanie ości itp. Uznałam, że jakość dzisiejszej ryby nie wymaga takich zabiegów. Oto pierwsza wersja śledzia. Moim zdaniem najbardziej klasyczna:

 Praktyczny Kucharz Warszawski zawierający 1503 przepisów różnych potraw oraz pieczenia ciast i sporządzania zapasów spiżarnianych, Wydanie XVII, Warszawa 1903

Przygotowałam wszystko zgodnie z powyższym przepisem. Nie stanowiło to żadnej trudności albowiem rokrocznie na Wielkanoc szykuję takie właśnie przystawki. Jedynym dla mnie novum było przyprawienie ich listkiem laurowym. Zobaczymy, jak wpłynie na smak.

Poniżej druga wersja rybki. Śledź z jabłkiem:

Praktyczny Kucharz Warszawski zawierający 1503 przepisów różnych potraw oraz pieczenia ciast i sporządzania zapasów spiżarnianych, Wydanie XVII, Warszawa 1903

Znów wszystko zrobiłam zgodnie z recepturą. Mam poważne obawy jednak, czy jabłko wytrzyma te kilka dni i nie zepsuje się zwyczajnie. Trzymam słoiczki oczywiście w lodzie, znaczy: w lodówce. W razie czego będę się ratować wersją pierwszą.

Oto trzecia mutacja mojej świątecznej ryby:

Uniweslana Książka Kucharska z ilustracyami i kolorowemi tablicami napisała Marya Ochorowicz-Monatowa, Wydanie drugie znacznie powiększone nakładem księgarni H. Altenberga we Lwowie, w Warszawie: E.Wende i ska

Rolmopsów nigdy nie robiłam. Wspomogłam się wykałaczkami ponieważ rybka, mimo, że w postaci filetów, przejawiała jeszcze resztki oznak życia i przy każdej próbie zwinięcia w zgrabny rulonik wyślizgiwała mi się z rąk i uparcie pozostawała w swej pierwotnej formie. Ponieważ filety, których używałam były dość szerokie przecięłam je wzdłuż. Mam poważne obawy, co do smaku gorczycy, którą potraktowałam rybę. Czy nie będzie zbyt mocny? Czy goście to wytrzymają? Relacja tuż po Świętach.

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Jakżeż mogłabym oprzeć się tej nazwie? Przecież trzeba spróbować tego, co najlepsze. Przed Wielkanocą chciałam wypróbować przepis na mazurka i oto na co trafiłam u Ćwierczakiewiczowej:

Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast przez Autorkę 365 obiadów, Warszawa nakładem autorki

Ciasto jest dość proste w przygotowaniu, tym bardziej, że proporcje podane w przepisie są całkiem rozsądne. Może poza ilością jajek koniecznych do sporządzenia masy serowej.

Po przeliczenia na nasze miary użyłam:

ciasto kruche

200 gmąki

100 gmasła

100 gcukru

1 jajo

masa serowa:

400 gsera tłustego

200 gcukru

kieliszek nalewki pomarańczowej zamiast araku

8 żółtek (zmniejszyłam ich ilość, bo uznałam, że masa zrobi się zbyt płynna)

O przygotowaniu ciasta kruchego nie będę się rozpisywać. Trzeba po prostu dobrze i w miarę szybko zagnieść wszystkie składniki.

Ćwierczakiewiczowa z oczywistych względów nie wspomina o powszechnej dziś praktyce schłodzenia ciasta w lodówce. Ja dałam mu pół godziny odpocząć w chłodzie.

Ser potraktowałam blenderem. Kiedy już był wystarczająco zmielony, dodałam cukier i żółtka.

Mikserem ucierałam masę. Po dodaniu ósmego żółtka doszłam do wniosku, że całość jest już tak płynna, że jeszcze jedno jajko i będzie miała konsystencję wody.

Formę wykleiłam ciastem i wylałam na nią masę serową.

Metodą dedukcji doszłam do wniosku, że temperatura „po babach” to będzie coś ok.180 C. Piekłam mazurka pół godziny, co okazał się niewystarczające. Dopiero po następnych 20 minutach spód ciasta upiekł się wystarczająco. Myślę, że zdecydowanie lepszą metodą byłoby najpierw podpieczenie samego spodu, a potem wylanie na niego masy. Dzięki temu uniknąć możnaby niebezpieczeństwa spieczenia wierzchu, a kruche ciasto stałoby się naprawdę kruche. Serowo-jajeczna masa jest zbyt ciężka i mokra przez co ciasto nabiera zbyt dużo wilgoci.

Kiedy ciasto siedziało w piecu postanowiłam zrobić lukier przeźroczysty według przepisu z tej samem pozycji. Skomplikowana receptura nakazywała najpierw przygotować gęsty syrop z cukru i wody, następnie piórkiem (!) mieszać do wystygnięcia, po czym wylać go na porcelanowy talerz i poczekać do zastygnięcia. Kolejnym krokiem miało być utarcie całości do białości i dodanie do tak uzyskanego proszku dowolnego smakowego  płyny (soku cytrynowego, wody różanej itp.) Przyznaję poniosłam kompletna porażkę już na samym początku ambitnego zadania. Po zagotowaniu syropu zostawiłam go dosłownie na chwilkę. Kiedy wróciłam po kilku minutach, żeby go zamieszać okazało się, że nie mam już syropu, tylko na powrót sypki cukier! Pod wpływem nieznanego mi procesu chemicznego niemieszany syrop powrócił do swej pierwotnej postaci i stężał w dość grube kryształy cukru. Nie podejmowałam kolejnej próby zrobienia lukru. Uznałam, że kluczowe jest mieszanie i to piórkiem, którego oczywiście nie miałam. Mazurka ozdobiłam więc topioną czekoladą.

Czy jest to najlepszy mazurek jaki być może? Jeśli lubi się słodkie ciasta to tak. Masa jest sycąca, o przyjemnym kogielmoglowo-serowym smaku. Konsumenci w moim domu  po raz kolejny podzielili się na zwolenników dawnego przepisu i orędowników modyfikacji: zmniejszenia ilości cukru, dodania rodzynek, skórki pomarańczowej itp. Myślę, że przepis ten faktycznie jest bazą do sprawdzania przeróżnych wariacji na temat mazurka serowego.

sobota, 31 marca 2012

Sobota, 9 rano. Zaspanym okiem spojrzałam na fasady bloków mojego osiedla. Na co drugim balkonie wietrzy się pościel, co trzecie okno właśnie jest z poświęceniem szorowane, z podwórka dochodzi miarowy odgłos trzepania dywanów, burczą odkurzacze i warczą pralki za ścianami. Znaki to  nieomylne: Święta idą!

Chcąc nie chcąc, włączyłam się w szaleństwo mycia i czyszczenia, by wieczorem w wysprzątanym M-2 oddać się chwili refleksji nad losem kobiet, które dawniej musiały doprowadzić do porządku  większe metraże przy, co jasne, mniejszych udogodnieniach.

Trudowi temu próbowano ulżyć już na początku XX wieku. Wtedy pojawiły się pierwsze maszyny mające pomóc w domowych porządkach. Znaczący to musiał być postęp tym bardziej, że pozbywanie się kurzu jest według skrupulatnej Marii Ochorowicz-Monatowej kluczowe bo kurz jest najszkodliwszy dla zdrowia; naukowa badania wykazały, że w jednym gramie kurzu znajduje się 6,600.00 do 21,000.000 rozmaitych bakteryi, a gdy sobie uprzytomnimy, że w samych Niemczech umiera rocznie około 200.000 ludzi na tuberkuły, a miliony zaraźliwych baterii uwija się naokoło nas w powietrzu, prochu i kurzu, dopiero zrozumiemy, jak bardzo przed niemi strzedz się należy.  ("Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi", str. 170). Autorka z zapałem więc zachwala różnorodne aparaty do pozbywania się zabójczego kurzu i uważa je za nieocenione wynalazki.

Oto odkurzacz elektryczny Vaccum Cleaner gorąco polecany przez Ochorowicz-Monatową. Tak gorąco, że podejrzewam szanowną autorkę o kryptoreklamę. Czy to możliwe w tamtych czasach?


Początkowo odkurzacze działały na odwrotnej zasadzie niż dzisiejsze. Zdmuchiwały kurz a nie zasysały go. Takich modeli nie znajdziemy jednak u Ochorowicz-Monatowej.  Ponoć najdawniejszy odkurzacz, pomysłu Ivesa W. Mc Gaffeya,  powstał w Stanach Zjednoczonych w 1869 roku i był urządzeniem ręcznym. Podobne aparaty, choć nożne, pani Maria zna i poleca tym, których domy pozbawione są elektryczności.

(Jak możliwe było odkurzanie stojąc na jednej nodze - nie jestem w stanie sobie wyobrazić).

Z ręcznych urządzeń wyjątkowo godnym polecenia jest zagraniczny patentowy "Birum", aparat ssący do wchłaniania w siebie prochu. Niezbyt ciężki, bo cały waży 2 i 1/2 klgr. może być z łatwością użytym przez najsłabszą osobę. Przesuwając równomiernie tam i napowrót rączką, któa chodzi w blaszanej rurze aparat wypompowuje czyli wsysa wszystek kurz z dywanów, zarówno jak i z mebli tapicerowanych. (tamże  str. 172)

Oto to cudo.



Elektryczne odkurzacze zaczęły pojawiać  się na początku XX wieku (pomysły H.C. Bootha – 1901 i Jamesa M. Spangera – 1907). W sprzedaży w Stanach upowszechniły się ok. roku 1909 (na podstawie „Księgi wynalazków”, B. Orłowskiego i Z. Przyrowskiego, Nasza Księgarnia, Warszawa 1982 oraz zasobów Internetu). Jak więc nowoczesna była Maria Ochorowicz–Monatowa skoro w swym dziele „Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi” z roku ok. 1911 tak obszernie pisze o tych nowinkach technicznych.


Z rodzinnych przekazów wiem natomiast, że nie wszyscy podzielali jej entuzjazm i sceptycznie podchodzili do wszystkiego co nowe. Ponoć mój pradziadek (ur. 1894)  jeszcze w latach pięćdziesiątych nie pozwalał na zakup odkurzacza, twierdząc, że nieodwracalnie niszczy on dywany.

 

piątek, 30 marca 2012

Małe słóweczko, a nie daje mi spokoju od tygodni. Chodzi męcząco po głowie. Może to dlatego, że czynność, którą określa, tak mocno dała mi się we znaki. Małe: „przetarć” z przepisu o zupie z fasoli się do mnie przyczepiło. Zaskakująca jest bowiem forma tego czasownika z „Kucharki Litewskiej”, napisanej przez Wincentę Zawadzką. W starszej Ćwierczakiewiczowej jest zwykłe utrzeć, ewentualnie przefasować, w innych książkach kucharskich też znajdziemy formy, których i dziś używamy. Skąd zatem tak niecodzienny bezokolicznik „utarć” (jeśli odrzucimy przedrostek prze-)?

Przekopałam się przez  kilka słowników. Nie ma takiej wersji ani w „Słowniku Staropolskim”, ani (co dziwniejsze) u Lindego. W końcu jednak dorwałam „utarć” w „Słowniku Języka Polskiego” Karłowicza, Kryńskiego, Niedźwieckiego z 1919 roku. Co nie dziwne, podaje on, że jest to forma słowa utrzeć: Utrzeć, utrę a. [utrem, utrzem], utarł a. [utrzyj], [Utarć] , nied. Ucierać  (str. 404)

Dlaczego właśnie ten słownik zanotował taką formę? Mam swoją teorię, ale zanim ją przedstawię, proszę wszystkich biegłych w zawiłościach języka polskiego o krytyczne  komentarze.

Otóż, moim zdaniem, jest to forma bezokolicznika „utrzeć”używana w dialekcie kresowym. Wnioskuję tak ponieważ Zawadzka była rodowitą wilnianką a współtwórca „Słownika Języka Polskiego” Jan Aleksander Karłowicz pochodził z Subortowicz leżących również w granicach Litwy.

Autorka „Kucharki Litewskiej” posługiwała się więc zapewne na co dzień kresową polszczyzną, która w ówczesnych latach była dość popularna, natomiast Karłowicz jako człowiek wysoce wykształcony być może mówił czystym językiem polskim, ale z pewnością był dobrze osłuchany z  dialektem. Dlatego, moim zdaniem, odnotował istnienie formy „utarć”.

Na okrasę kilka zdjęć maszynek do ucierania, szatkowania i mielenia z przełomu wieków.

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5
O autorze
Zakładki:
Blogi całkiem współczesne acz interesujące
Blogi o drzewiejszym życiu
Fascynujący ludzie
O gotowaniu
Wyjątkowe miejsca
Tagi
Durszlak.pl