poniedziałek, 24 września 2012

Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast przez Autorkę 365 obiadów, Warszawa nakładem autorki

Po szczytach słodyczy, jakie osiągnęłam przy produkcji galaretki malinowej dla równowagi przygotowałam bezcukrowe powidła według Ćwierczakiewiczowej.


Przepis, wydaje mi się, że jest dość znany. Sama znam kilka osób, które śliwki podobnym procedurom poddają. Stąd pewność, że powidła bez dodatku cukru przetrwają w nienaruszonym stanie do następnego śliwkowego sezonu.

Cały sekret ich przygotowania tkwi w długim, naprawdę długim smażeniu na niewielkim ogniu. Aby nadać śliwkom odpowiedni stan potrzeba kilku godzin na ogniu. Dobrze jest także proces ten przerwać i wrócić do niego dnia następnego. Węgierki mają dzięki takiemu zabiegowi czas na przyzwyczajenie się do zmiany stanu skupienia.

Drugą kluczową kwestią jest odpowiednie przygotowanie słoików. Należy rzeczone wyszorować, wyparzyć porządnie, do jeszcze gorących nakładać równie ciepłą masę śliwkową. Warto także przetrzeć wierzch słoików oraz nakrętki spirytusem, coby mieć pewność wytłuczenia wszelkich mikrobów i pleśniowych zarodników.

Ćwierczakiewiczowa nie byłaby sobą, gdyby nawet tak prostego przepisu nie utrudniła. Poleca ona bowiem przesmażone śliwki przetrzeć przez sito. Faktycznie pomysł jest dobry, bo pozbywamy się resztek śliwkowych skórek oraz nadajemy całości miłą konsystencję musu. Robota jednak przy przecieraniu lekka nie jest i nie wiem, czy efekt wart niniejszego zachodu.

Ponieważ amatorów domowych przetworów w  moim otoczeniu nie znajduję zbyt wielu, nie szalałam zbytnio z ilością. Obróbce poddałam 2,5 kg wydrylowanych śliwek węgierek, z których otrzymałam cztery małe słoiczki.

 

poniedziałek, 17 września 2012

Zamknąć wakacje w słoiku, zatrzymać choć odrobinę lata i mieć je na wyciągnięcie ręki – nic nie poradzę na to, że jesienią ulegam romantycznym dyrdymałom  i melancholijnie spoglądając przez okno zaczynam smażyć konfitury i powidła. Biorąc pod uwagę nakład pracy jakiej czynność ta wymaga oraz wybór dżemów oferowany w handlu, zajęcie to zdaje się być zupełnie pozbawione sensu. Niestety, we wrześniu nie mogę oprzeć się magii owoców niczym kropli słońca uwięzionych - że pozwolę sobie znów na  grafomańską egzaltację. W tym roku sięgnęłam po egzemplarz Jedynych praktycznych przepisów wszelkich zapasów spiżarnianych Lucyny Ćwierczakiewiczowej z 1883 roku. Na początek mojej wytwórczej działalności wybrałam novum, nie znane mi wcześniej, a któremu Ćwierczakiewiczowa poświęca cały rozdział tj. galaretki z owoców. Przygotowałam  galaretkę z malin.

 

2 szklanki malin,

1 szklanka porzeczek,

3 szklanki cukru.

Z powyższej ilości wyszły trzy niewielkie słoiczki.

Jak widać powyżej w zasadzie jest to galaretka z malin i porzeczek. Dodatek tych drugich jest, jak sądzę, konieczny ze względu na dużą ilość pektyn w porzeczkach zawarty. Dzięki nim galaretka stężeje bez użycia żelatyny.


Jedynym moim odstępstwem od przepisu pani Lucyny było użycie rondla teflonowego zamiast mosiężnego. Cóż poradzić na nowoczesność! Wszelkie pozostałe wymogi spełniłam choć pokusa, aby zamieszać bądź choćby wstrząsnąć garem była wielka. Bałam się bowiem, że mi się wszystko przypali zwyczajnie. Ale nie, płyn powstały z malin, porzeczek i cukru pozostał (jak zapowiadała Ćwierczakiewiczowa) klarowny. Poza drobnym incydentem z kipiejącym sokiem, trzykrotne zagotowywanie i odszumowywanie przebiegło bez komplikacji.


Pozostały po zlaniu galaretki do słoiczków gąszcz postmalinowo-porzeczkowy postanowiłam pozostawić w spokoju i nie próbować tworzenia marmolady, a to ze względu na marną ilość tegoż.  

Galaretka faktycznie ma piękny kolor, po ostygnięciu stężała, ma wyraźnie malinowy smak, choć jednocześnie jest wybitnie słodka. Trudno wyobrazić mi sobie zjedzenie więcej niż łyżeczki. Przyda się jako dodatek do ciast, świetnie nada się do słodzenia herbaty.




O autorze
Zakładki:
Blogi całkiem współczesne acz interesujące
Blogi o drzewiejszym życiu
Fascynujący ludzie
O gotowaniu
Wyjątkowe miejsca
Tagi
Durszlak.pl