poniedziałek, 28 maja 2012

Serwis FiGeneration poprosił mnie o gościnny występ. Z przyjemnością podjęłam się zadania. Poniżej prezetuję efekt moich rozmyślań;

http://figeneration.pl/nowoczesnie-staroswiecka-czyli-kuchenne-filozofowanie

poniedziałek, 21 maja 2012

Jak rzesze Polaków postanowiłam w Noc Muzeów ukulturalnić i dokształcić się tak, żeby na cały rok starczyło. W maratonie zwiedzania dotarłam m.in. do Muzeum Niepodległości, gdzie na wystawie Architektura Polski Niepodległej z radochą niewymowną odnalazłam odkurzacz z lat 30 i inne domowe sprzęty. Polecam tę ekspozycję wszystkim ciekawym wiadomości o życiu w XX-leciu międzywojennym.

 

 

 

http://www.muzeumniepodleglosci.art.pl/wystawy_czasowe.php

niedziela, 20 maja 2012

Po niewczasie dzielę się przepisem na ciasto, które przygotowałam w Wielkanoc. Wiem, że sporo już czasu minęło (nawet na Wielkanoc prawosławną się nie załapię), ale przecież babka jaką poniżej prezentuję, nadać się może na każdą okazję, tym bardziej, że przygotowanie jej, choć wymaga uwagi, nie jest czasochłonne.

Praktyczny Kucharz Warszawski zawierający 1503 przepisy różnych potraw oraz pieczenia ciast i sporządzania zapasów spiżarnianych, Warszawa 1903, str 327

Jak to mam w zwyczaju użyłam mniej więcej połowy składników:

2 cytryny

1 szklanka mąki pszennej

0,5 szklanki mąki ziemniaczanej

2 szklanki cukru

10 jajek (dysponowałam wielkimi, wiejskimi jajami, „zwyczajnych” trzeba 12)

Ugotowałam cytryny. Po 15 min. stały się zupełnie miękkie. Mozolnie przetarłam je przez sitko, dzięki czemu pozbyłam się pestek.

Z braku donicy inaczej dzieży czyli glinianej misy użyłam w dalszej produkcji ciasta miksera (przyznaję, zasłaniając się brakiem odpowiedniego sprzętu, nieco usprawiedliwiam swą niechęć do ręcznego wyrabiania ciasta). Do pulpy cytrynowej dodawałam powoli cukier oraz żółtka i miksowałam tak długo, aż masa zbielała. Już na tym etapie powstało coś smacznego: kogiel-mogiel o smaku cytrynowym. Opanowując chęć wyżarcia połowy, znów posikując się mikserem, ubiłam sztywną pianę z białek, a następnie przystąpiłam, do moim zdaniem najważniejszego procesu: mieszania mąki i piany z cytrynowym koglem-moglem. Tu już zrezygnowałam z techniki i drewnianą łychą delikatnie łączyłam składniki. Uważam, że ta chwila jest kluczowa dla jakości ciasta. Przecież mamy do czynienia z biszkoptem pieczonym bez użycia proszku do pieczenia, więc zwrócenie bacznej uwagi na to, czy piana nie opadnie ma fundamentalne znaczenie.

Dodając więc po łyżce mąkę (obydwa rodzaje) i pianę uzyskałam dość płynne ciasto, które szybko acz ostrożnie przelałam do wcześniej przygotowanych foremek. Starczyło na wypełnienie dwóch. Piekły się godzinę w temperaturze 180 stopni.

 




Po raz drugi od założenia bloga porwałam się na pieczenie ciasta z niebotyczną, jak na nasze standardy, ilością jaj i znów przekonałam się, że ma to swoje znaczenia. Smak dzięki nim jest wyjątkowy, pełny, wręcz aksamitny. Całości dopełnia użycie cytryn wraz ze skórką, która dodaje intrygującej goryczy, lekko kwaskowatemu ciastu.

poniedziałek, 14 maja 2012

Wykorzystywanie w kuchni możliwie wielu urozmaiconych składników było wielką zaletą niegdysiejszych kucharek. Na fali poszukiwania w moich zasobach literatury kucharskiej niecodziennych dziś ingrediencji, wpadłam na zupę z dodatkiem pokrzywy. Nie raz słyszałam o jej walorach zdrowotnych i odżywczych. Ponieważ maj to ponoć  najlepszy czas na zbiór tejże, wypróbowałam więc poniższy przepis.

Kucharka Litewska, przez W.A.L.Z. nakładem autorki, Wilno drukiem Józefa Zawadzkiego

Ażeby było naprawdę zdrowo, wieczorową porą wyposażona w sekator i rękawiczki, coby rączki delikatne uchronić przed obronnym charakterkiem pokrzywy, wybrałam się na odległe od wszelkiej cywilizacji pole i tam przy świergocie ptasząt, rwałam młode pokrzywki. Romantycznie było, że hej. Aby i czytelnik nastrój mój poczuł, przecudnej urody wierszyk polecam:

Pokrzywa widziana z bliska

Z nasępionych krużganków,
Z galeryj obronnych,
Skąd zieleń, ogniem prażąc,
Wrogów upomina,
Wychylają się kwietne, półcalowe donny,
W mantylach fioletowych,
W różowych dominach -
I namiętnością gorsząc
Surową fortecę
Otwierają ramiona
Tęskne i kobiece...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Wróćmy jednak do kuchni i moich tam poczynań.

Dysponowałam rosołem wołowym, który stał się bazą zupy. Drogą kupna nabyłam pozostałe roślinki.

Z kronikarskiego obwiązku. Od góry patrząc: liść szczawiu, szpinaku, pokrzywy

Samo przygotowanie potrawy nie jest trudne, choć przyznam, że było trochę zabawy przy obgotowywaniu poszczególnych gatunków roślin. Tak prezentowały się "przed i po".

Dużo pracy wymaga też oczywiście przefasowywanie, czyli przetarcie przez sito uduszonych liści, podduszonej cebuli rozprowadzonych bulionem.

Można oczywiście użyć współczesnego blendera, ale dzięki użyciu sitka, pozbyć się można łykowatych  i twardych cząstek.

 

Pozostając w poetycznym nastroju powiem, że zupa smakuje majem. Jest świeża, wiosenna, ale jednocześnie, dzięki użyciu aż trzech gatunków roślin, pełna smaku i sycąca. Pokrzywa dodaje jej naprawdę wyjątkowego, zielnego posmaku. Smakuje wyśmienicie z predutami lub jajami na twardo. Ryż ugotowany na sypko także sprawdza się doskonale.  Namawiam gorąco wszystkich  na próbowanie tego, co niecodzienne.

O autorze
Zakładki:
Blogi całkiem współczesne acz interesujące
Blogi o drzewiejszym życiu
Fascynujący ludzie
O gotowaniu
Wyjątkowe miejsca
Tagi
Durszlak.pl